Na ścieżce biegowej w Łagiewnikach

15 listopada rano w obiektach Centrum Zarządzania Łódzkim Szlakiem Konnym w Łagiewnikach zaroiło się od ludzi i samochodów. To miłośnicy sportów biegowych przybyli tłumnie, aby inaugurować kolejną ścieżkę, przygotowaną w ramach projektu „Trasy biegowe województwa łódzkiego”. Obiekt nowiutki, czyściutki, organizatorzy uwijają się sprawnie. Każdy otrzymuje numer startowy, mapkę i ładną pamiątkową koszulkę. Ktoś chwali się, że zebrał całą kolekcję koszulek ze wszystkich biegów. Słychać śmiechy, okrzyki, radosne powitania, widać, że uczestnicy przebiegli razem niejedną drogę. Pogoda trochę ponura, ale miłośnicy biegów już pełni werwy ćwiczą rozgrzewkę i zmierzają w stronę startu. Sygnał startu i … grupa ruszyła.

 

Mijają mnie kolejni zawodnicy a ja niespiesznym truchtem slow joggingu mierzę się z wyzwaniem. Tak, z wyzwaniem, bo do tej pory biegałam krótsze dystanse, a tu do przebiegnięcia jest 5, 5 km. Hmmm...chyba w przyszłości będę wybierać krótszą trasę... Ta „krótsza łagiewnicka” to 3 km, ale bieg inauguracyjny jest tylko na tej, więc z trudem mijam 3. kilometr i biegnę dalej. Oznakowania są dobrze widoczne, więc nie zabłądzę... Wdycham cudowne powietrze i rozglądam się po lesie, ciesząc oko urokami późnej jesieni. Obok mnie dzielnie drepcze moja fizjoterapeutka, Kasia... Śmignęłaby już dawno do mety, ale biegnie obok z troską patrząc na moje „zwyrodniałe” kolano. Śmiałyśmy się przed chwilą, że wyprzedziły nas dzieci, raczkujące niemowlęta i starcy na wózkach inwalidzkich. Chyba dobiegnę? Na mecie są już wszyscy. Czekali na nas kilka minut, które zdawały się wiecznością... Mijam linię mety, komentując, że przybiegła najbardziej oczekiwana zawodniczka...czyli ostatnia.

 

Czuję się świetnie, choć stosując metodę biegową japońskiego profesora Tanake, czyli slow jogging, nigdy nie uzyskam dobrego czasu. Ale przecież nie tylko o to chodzi... Herbatka i fasolka po bretońsku pod gołym niebem, serwowana przez kucharzy z „Restauracji pod 5 Aniołami”, smakują wybornie. Kolano pobolewa. Nowi znajomi, z którymi rozmawiałam przed startem, uśmiechają się przyjaźnie. Najlepsi biegacze dostają puchary, oklaski i ...mój podziw. Grzegorz Pietrusewicz pokonał trasę w 19 minut i 26 sekund a tryumfatorka wśród pań, Sylwia Tomczyk, w 23 minuty i 29 sekund. Ja potrzebowałam duuużo więcej czasu. Wszyscy z naszego Rekreacyjnego Klubu Biegowego „Dla Rodziny”pochylają się nad miseczkami z fasolą. Rozmawiamy. Najlepszy spośród nas był nasz prezes, Piotr,  on o bieganiu wie chyba wszystko, zajmuje się od lat amatorskim bieganiem, ma wielkie pudło medali i dba o kondycję naszego zespołu. Ja zainteresowałam się bieganiem dopiero po pięćdziesiątce. Dzięki Piotrowi, który ma dar zarażania entuzjazmem.

 

Koniec imprezy, plac przed ośrodkiem pustoszeje, odjeżdżają rowery, skutery, samochody... Grupki ludzi zmierzają w kierunku przystanku autobusowego. Las pozostaje piękny i cichy. Wsiadam do samochodu mojej rehabilitantki, dziękując jej za poświęcenie. A jutro rano idę na prześwietlenie kolana, może da się coś jeszcze dla niego zrobić. Bo nie pozwolę sobie odebrać tej radości, jaką daje bieganie.

 

a.sz.z.